
Każda wizyta w Japonii jest sporym przeżyciem zwłaszcza dlatego, że również związana jest z możliwością zetknięcia się z inna kulturą, a co dla nas najważniejsze z karate. W dniach 28.10 do 10.11.2025 do Tokyo poleciała ekipa Polskiej Federacji Kyokushin Karate. Wśród nich byli Artur Wilento, Dariusz Łukiewski i Andrzej Rakowiecki. Celem głównym wizyty było szkolenie pod okiem kaicho Masahiro Kaneko, jednak również nie zabrakło czasu na zwiedzanie i poznawanie aglomeracji Tokijskiej.
Tym razem oddajemy głos Andrzejowi Rakowieckiemu, który opisywał nasz pobyt na bieżąco w mediach społecznościowych. Jego obserwacje, wrażenia i przemyślenia przedstawiamy w poniższym artykule i życzymy miłej podróży 🙂 👉📰

- Tokio – świat, który żyje własnym rytmem.

Podróżowałem po świecie – Sydney, Chicago, Perth, Moskwa, Berlin, Paryż, Kijów, Delhi, Dubaj…
Ale czegoś takiego jak Tokio nie spotkałem nigdzie.
To miasto żyje własnym, spokojnym rytmem – pełnym szacunku, czystości i niezwykłej harmonii.
Tu wszystko działa – jakby każdy człowiek wiedział, że jego codzienny gest ma znaczenie.
Nie ma śmieci, nie ma chaosu, nie ma gniewu.
Jest porządek, uprzejmość i szczerość – taka, jakiej nie spotkałem jeszcze nigdzie na świecie.
Za 1000 jenów (25 zł) można zjeść doskonałe sushi i poczuć się w pełni usatysfakcjonowanym – nie tylko jedzeniem, ale prostotą i wdzięcznością.
Tu nawet parzenie herbaty jest rytuałem spokoju.
Japonia nie imponuje przepychem, ale pokorą wobec życia.
To kraj, w którym każdy wie, że żyje we własnym świecie, i z tego czerpie radość, a nie pychę.
I może właśnie dlatego każdy dzień w Tokio jest odkryciem.
Bo są jeszcze miejsca, gdzie ludzie wiedzą, kim są, i potrafią być szczęśliwi.


- Honbu Dōjō – w sercu dziedzictwa Masutatsu Ōyamy.
„Siła bez pokory nie ma sensu, a odwaga bez ducha nie znajduje kierunku.”




Dziś, 1 listopada 2025 roku, nasza polska grupa dwunastu karateka odwiedziła to niezwykłe miejsce – Honbu Dōjō Masutatsu Ōyamy.
Pod przewodnictwem Shihana Bogusława Jeremicza i asyście Shihana Artura Wilento odbyliśmy symboliczny trening, oddając hołd twórcy Kyokushin i wszystkim, którzy kontynuują jego drogę. W ciszy i skupieniu stanęliśmy w miejscu, gdzie narodziła się legenda – miejscu, które przez lata formowało ciała, charaktery i ducha zwycięzców.
Dla nas, uczniów Kyokushin, to nie była tylko podróż – to było spotkanie z historią i samym sobą. Bo Kyokushin to nie sport. To droga, która prowadzi do odkrycia własnej siły poprzez pokorę, szacunek i systematyczną pracę.


Słowa przysięgi, które znamy od lat, dziś ujawniły się szczególnie mocno.
To one przypominają nam, że nasza siła bierze się z pokory, że odwaga dojrzewa w ciszy, a duch pozostaje niewzruszony, gdy serce jest czyste. Duch Masutatsu Ōyamy wciąż żyje. W nas, w każdym dojo, w każdym, kto nie przestaje wierzyć, że prawdziwa siła jest w człowieku.


Pośród tętniącej życiem dzielnicy Ikebukuro w Tokio stoi budynek, który dla milionów karateka na całym świecie ma wymiar niemal święty. Honbu Dōjō, główna siedziba stylu Kyokushin Karate, założonego przez legendarnego Masutatsu Ōyamę (1923–1994) – mistrza, którego życie stało się symbolem odwagi, wytrwałości i prawdy.
Masutatsu Ōyama urodził się w Korei, a jako młody człowiek osiadł w Japonii, gdzie studiował różne style sztuk walki – m.in. Shotokan i Goju-Ryu. Po latach intensywnych treningów, samotnych ćwiczeń w górach i walk z bykami, stworzył własny styl – Kyokushin, czyli „Ostateczną Prawdę”. W 1964 roku, po latach pracy i doświadczeń, otworzył w Tokio pierwsze Honbu Dōjō, które stało się sercem jego szkoły i centrum organizacji International Karate Organization Kyokushinkaikan (IKO).

Przez ponad 30 lat Oyama prowadził Kyokushin, tworząc system, który połączył duchowość, dyscyplinę i realną skuteczność walki. Jego dojo w Tokio stało się miejscem, gdzie rodziły się legendy – wojownicy o niezłomnych sercach, którzy przeszli przez testy odwagi, bólu i samodoskonalenia.
Masutatsu Ōyama zmarł 26 kwietnia 1994 roku, pozostawiając po sobie nie tylko styl karate, ale filozofię życia, która dziś inspiruje miliony ludzi na całym świecie. Choć od jego śmierci minęły dziesięciolecia, duch Mistrza wciąż jest obecny w każdym dojo, w każdym treningu, w każdym ukłonie i słowie Osu.
Jestem po dniu pełnym wrażeń. Pierwsze kroki skierowaliśmy do miejsca, w którym trenował Masutatsu Oyama — legenda Kyokushin.
Potem kilka przejazdów metrem: świątynia, zamek, muzeum… a na koniec budoshop i pierwsze zakupy pamiątek.
To tylko zarys dnia, w którym wszystko dopiero zaczyna się układać.
To, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to gościnność, uprzejmość i życzliwość Japończyków — w każdym miejscu, na każdym kroku.
Czystość, spokój i doskonała organizacja widoczne są wszędzie.
To wielkie miasto nie przytłacza — ono zaprasza.
Tacy są Japończycy: spokojni, serdeczni, niezwykle gościnni.









- Kyokushin Kenbukai – Kaicho Masahiro Kaneko.

Kiedy przekraczacie próg dojo Kaicho Kaneko (w dzielnicy Oimachi), wchodzicie nie tylko w przestrzeń treningu, lecz także w historię, pokorę i nieustanne doskonalenie.
Zabierzcie ze sobą tę książkę – Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa.
Murakami, podobnie jak Kyokushin, uczy nas, że człowiek dojrzewa w milczeniu, w zmaganiu z samym sobą, w akceptacji tego, co było, i w odwadze, by pójść dalej.

Każde spotkanie z Kaicho Masahiro Kaneko niesie ze sobą ogromną dawkę motywacji, aby poznawać, zgłębiać, studiować i w efekcie rozwijać się na drodze Budo Karate. To testament shihan Hiroshige.
Sukcesy na tej drodze pojawiają się jeśli jesteśmy cierpliwi, odważni i zdeterminowani wiarą aby osiągnąć cel, który jest zawsze przed nami.
To nie to samo, co dążenie do doskonałości, ponieważ w naturze wszystko co nas otacza, a przy tym również my sami jesteśmy już doskonali. Spoglądając na drzewa, każde jest wyjątkowe i w swojej naturze osiągnęły doskonałość inne już nie będą.
W Budo Karate jeśli zrozumiemy, że nic nie jest skończone to ciągle będziemy zmotywowani żeby się rozwijać.
Niech Wasza podróż będzie jak kata — precyzyjna, piękna i pełna sensu – Osu!
W Oimachi dojo u Kaicho Kaneko odbyliśmy również doskonały trening z shihan Hashimoto. Siła sanchin kata jako fundamentu sztuki walki karate – myśl i praktyka godna zapamiętania – Osu
Dzięki uprzejmości Kaicho mieliśmy możliwość uczestniczenia w szkoleniu tokijskich branch chief (shibucho). W szkoleniu brał udział również Shihan Fujihara 8 dan z USA.
Widzieliśmy ogromne zaangażowanie związane z kierunkiem rozwoju stylu. Wymiana myśli, technik i koncepcji. Bardzo pouczające doświadczenie, a jednocześnie budujące. Pozostaje praktykować i rozwijać dalej zdobyte umiejętności.
Dziękujemy za szkolenie budo karate Kyokushin Kenbukai – Osu.




Tokyo to nie tylko nowoczesna aglomeracja, to również historia i kultura.
- Kurosawa – ten, który nauczył świat patrzeć na Japonię.

(Akira Kurosawa – The Man Who Taught the World How to See Japan)
To nie jest post o filmie.
To jest o drodze – o tym, jak sztuka, dyscyplina i wspólnota potrafią stać się jednym językiem.
Akira Kurosawa (黒澤 明) był reżyserem, który połączył Wschód i Zachód w jednym kadrze.
Jego filmy to połączenie japońskiego ducha samurajskiego z zachodnią wrażliwością moralną.
Kurosawa był mistrzem opowieści o człowieku wobec chaosu – jego bohaterowie walczą, ale nie z innymi, tylko z samymi sobą.
To reżyser, który zamieniał wiatr, deszcz i ciszę w symbole ludzkich emocji, tworząc poezję ruchu i światła.
Wpływ Kurosawy był ogromny: jego „Siedmiu samurajów” zainspirowało amerykańskich twórców do stworzenia „Siedmiu wspaniałych”, a „Yojimbo” stało się pierwowzorem westernu „Za garść dolarów”.
To dowód, że Kurosawa nie tylko opowiadał Japonię – on stworzył język filmowy, który zrozumiał cały świat.
Kiedyś, jako młody chłopak, oglądałem jego filmy i nie wiedziałem jeszcze, że to nie tylko kino – to zaproszenie do Japonii.
Dziś jestem tutaj. Chodzę po tych samych ulicach, trenuję karate, oddycham tą samą ciszą i dyscypliną, które czuć w jego filmach.
Kurosawa nie tylko opowiadał historie. On wprowadził świat w japońską duszę.
Zachód poznał Japonię przez jego twórczość – przez obrazy, w których siła łączy się z pokorą, a walka zrodzona z chaosu prowadzi do spokoju.
Dla Polaków, podobnie jak dla całego świata, jego kino było oknem do innej wrażliwości.
Z niezapomnianym Toshiro Mifune, który wcielał ducha samuraja, Kurosawa stworzył bohaterów, w których widzimy samych siebie – zagubionych, poszukujących, wiernych swoim wartościom.
Najmocniej zapadły mi w pamięć trzy filmy:

🎬„Siedmiu samurajów” – o wspólnocie, odwadze i poświęceniu,
🎬„Rashōmon” – o subiektywności prawdy,
🎬„Rudobrody” („Akahige”) – o współczuciu jako najwyższej formie siły.
Dziś jestem tu z ludźmi, którzy przyjechali z tego samego powodu – trenować karate, poznawać Japonię i siebie nawzajem.
To nie przypadek, że nasze drogi zbiegły się właśnie tutaj.
To konsekwencja drogi – tej samej, którą Kurosawa pokazuje w swoich filmach:
że harmonia nie jest brakiem walki, lecz jej opanowaniem.
- Ueno – odwaga, która dojrzewa w ciszy.

Dziś w Ueno widziałem coś, co zostanie we mnie na długo.
Tłumy młodzieży szkolnej – spokojnej, skupionej, zasłuchanej.
Patrzyłem na nich i miałem wrażenie, że właśnie tu, w tym miejscu, uczą się nie tylko historii, ale ducha.
W 1868 roku walczyli tu samuraje z klanu Shōgitai – ostatni wojownicy, którzy bronili honoru w epoce przemian.
Przegrali bitwę, ale zostawili po sobie coś większego: przykład, że warto być wiernym swoim wartościom nawet wtedy, gdy świat idzie w inną stronę.
To były japońskie Termopile – symbol odwagi, wierności i serca, które nie ustępuje.
Dziś to miejsce jest spokojne. Wśród drzew słychać śmiech uczniów, szelest mundurków, echo historii.

Patrząc na nich, pomyślałem, że tu właśnie zaczyna się ich droga – proces kształtowania odwagi i szacunku do tradycji. To nie jest przeszłość – to żywa lekcja, która pulsuje w każdym z nich.
Kiedy pisałem wcześniej o czystości Japonii, myślałem o harmonii i spokoju.
Dziś rozumiem, że czystość ma też drugie oblicze – to odwaga, która nie potrzebuje hałasu.
To ciche serce, które pamięta.
„Saigō Takamori – ostatni samuraj.
Nie walczył o zwycięstwo, lecz o wierność temu, co czyste i prawdziwe.”
- Śladami Murakamiego w Tokio.

Od kilku dni chodzę ulicami Tokio i mam wrażenie, że to miasto oddycha rytmem Murakamiego.
Nie książki, które się czyta, ale świat, który trzeba zobaczyć, by zrozumieć.
Dopiero teraz widzę to, o czym pisał – harmonię ruchu, spokój ludzi, piękno w prostocie. Kobiety ubrane z dbałością o każdy detal, gesty tak delikatne, jakby były częścią większej symfonii porządku.
Murakami opowiada o samotności, ale też o cichej radości z życia w zgodzie z rytmem dnia. W Norwegian Wood jest melancholia, w Kafka nad morzem – tajemnica, a w O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu – czysta prawda o oddechu, o tym, jak ciało i umysł mogą się porozumieć bez słów.
W pływaniu Murakami odnajdywał lekkość i wolność – ten sam stan czuję, patrząc na Tokio. W wodzie, jak w jego prozie, nie ma pośpiechu. Jest świadomość każdego ruchu.
I chyba dopiero tutaj zrozumiałem, że Murakamiego nie da się tylko czytać.
Trzeba go poczuć — w powietrzu, w rytmie kroków, w sercu miasta.
- Kamakura – spotkanie z Wielkim Buddą.

Dzisiejsza wycieczka do Kamakury była wyjątkowa. Wśród wzgórz i zieleni tego dawnego miasta samurajów, znalazłem się twarzą w twarz z jednym z najsłynniejszych symboli Japonii – Wielkim Buddą z Kamakury (Kamakura Daibutsu).
Wznosi się on dumnie na terenie świątyni Kōtoku-in, mierzy ponad 13 metrów i od blisko ośmiuset lat spogląda spokojnym wzrokiem w kierunku oceanu. Brązowy posąg, który przetrwał trzęsienia ziemi, pożary i tsunami, dziś stoi pod gołym niebem — jakby chciał przypominać o sile i trwałości ducha.
Spacer po ścieżkach otaczających świątynię daje poczucie wewnętrznego wyciszenia. W powietrzu czuć zapach kadzideł, a cisza miesza się z dźwiękiem ptaków i szelestem liści. To miejsce, w którym historia i duchowość spotykają się w jednej chwili – tu, gdzie każdy krok staje się częścią medytacji.







- Meiji Jingū – cisza w sercu Tokio.

W samym centrum Tokio, zaledwie kilka kroków od tętniącej życiem Shibuya, rozciąga się święty las, który wciąga cię w zupełnie inny świat. Między szumem liści a śpiewem ptaków wznoszą się potężne, drewniane bramy torii, prowadzące do świątyni Meiji Jingū – miejsca, gdzie natura i duchowość splatają się w doskonałej harmonii.
To tu Japończycy przychodzą, by rozpocząć nowy rok modlitwą, zawrzeć małżeństwo w tradycyjnym stylu shintō, albo po prostu znaleźć chwilę spokoju w cieniu tysięcy drzew posadzonych sto lat temu na cześć cesarza Meiji i jego żony.
Zapach cedru, echo kroków po żwirowej ścieżce, dźwięk dzwonka przy składaniu modlitwy — to doświadczenie, które trudno opisać słowami.
Jeśli planujesz podróż do Japonii, Meiji Jingū to miejsce, którego nie możesz pominąć.



- Shinjuku — nowa świątynia nagrody.

W sercu Tokio, w dzielnicy Kabukichō (w obrębie Shinjuku), setki tysięcy osób wypełniają centra gier każdego dnia. Ruch na stacji Shinjuku to ponad 2,7 mln przejść dziennie — tłum bez końca.
Tu nie chodzi już tylko o rozrywkę. To poszukiwanie stałej dawki bodźców, natychmiastowej nagrody. Mikrowygrane, światła, dźwięk — układ dopaminowy nie odpoczywa.
Rynek pachinko/pachislot w Japonii to ponad 100 mld USD rocznie, zyski branży bliskie 17 mld USD. A gdy satysfakcja dnia codziennego zanika — ludzie wpadają w rytuał – „gramy, by czuć”.
Czy to po prostu zabawa? Czy już uzależnienie od bodźców? Warto się zastanowić.





- Sengaku-ji – świątynia lojalności, honoru i odwagi.

W świecie w którym lojalność bywa zastępowana jest oportunizmem, a honor – kompromisem, historia 47 roninów przypomina, że są wartości, których nie można przeliczyć na korzyść.
W świątyni Sengaku-ji w Tokyo, wśród ciszy i zapachu kadzideł, spoczywają samuraje, którzy ponad życie poświęcili wierność swojemu panu i zasadom Bushido. Ich czyn sprzed trzech wieków do dziś budzi szacunek – nie z powodu przemocy, lecz z powodu czystości intencji i odwagi wierności, nawet gdy świat nie rozumie.
Czasem największą siłą nie jest walka, lecz pozostanie wiernym własnym zasadom, gdy wszystko wokół mówi, że łatwiej byłoby odpuścić.



- Targ w Asakusa — serce starego Tokio.

Spacer po targu Nakamise-dori w Asakusa to podróż w czasie. Ulica prowadząca do świątyni Sensō-ji, jednej z najstarszych w Japonii, wypełniona jest dziesiątkami straganów, które tętnią życiem od rana do wieczora. Pachnie tu kadzidłem, świeżo pieczonymi ciasteczkami ryżowymi i herbatą matcha.
Można tu kupić niemal wszystko — od tradycyjnych wachlarzy, yukat i drewnianych sandałów geta, po ręcznie robione maski, amulety na szczęście (omamori), kimona i pięknie zdobione pałeczki do jedzenia. Na straganach z jedzeniem królują taiyaki (ciastka w kształcie ryby z pastą z czerwonej fasoli), senbei (chrupiące krakersy ryżowe), mochi i zielona herbata w każdej postaci.
Ale największą wartością tego miejsca jest energia — tłum ludzi, mieszanka języków, dźwięki ulicznych sprzedawców i poczucie, że historia Japonii żyje tu w codzienności. Wystarczy filiżanka kawy w jednej z małych kawiarni przy bocznej uliczce, by zobaczyć, jak stare Tokio nadal oddycha rytmem swoich tradycji. Targ tysiącami turystów i nie tylko przed Świątynią.





Refleksja z dzisiejszego dnia:
Dzisiejszy dzień był nie tylko pełen emocji, ale także stanowił prawdziwą ucztę intelektualną. To, co zobaczyłem, poruszyło mnie tak mocno, że poczułem potrzebę, by później sięgnąć po książki i artykuły o miejscach, w których byłem.
Zazwyczaj ludzie najpierw czytają, a dopiero potem podróżują. Ja wolę odwrotnie — najpierw patrzę, doświadczam, wchodzę w przestrzeń taką, jaka jest tu i teraz. Dopiero gdy coś mnie zachwyci, zaczynam szukać, zgłębiać i rozumieć, co właściwie mnie tak poruszyło.
To podejście pozwala mi odkrywać świat przez emocje, a dopiero później przez wiedzę. I właśnie ta kolejność sprawia, że każda podróż staje się nie tylko przygodą, lecz także lekcją — o świecie, o ludziach i o samym sobie.
zdjęcia: M.Makarowski, D. Łukiewski, A.Wilento

